Główny Urząd Statystyczny opublikował ranking najbardziej niebezpiecznych miast w naszym kraju. W pierwszej szóstce nie ma Krakowa słynącego z maczet. Nie ma też Radomia i Sosnowca. Elbląg zajmuje 86 lokatę.

Pierwsze miejsce zajmuje Włoszczowa jako najbardziej niebezpieczne miasto w Polsce. Większośc przestępstw stanowią tam przestępstwa gospodarcze. 

Największym zaskoczeniem jest Sopot który zajmuje niechlubne piąte miejsce w rankingu. o bardzo popularne miasto w naszym kraju, do którego zjeżdża mnóstwo turystów. Nie tylko z Polski. Na tysiąc osób dokonano aż 43,4 czynów karalnych. Niska okazała się też w przypadku Sopotu wykrywalność – jedynie 54,6 procent.

Elbląg w rankingu zajmuje 86 pozycję z przestępczością na poziomie 26,1 procent na 1000 mieszkańców. 20,2 procent to przestępstwa kryminalne. Czy czujecie się w naszym mieście bezpiecznie? 

 

Cały ranking znajdziecie tutaj: Polska w liczbach

źródło: noizz.pl / www.polskawliczbach.pl

Od 13 lat w Polsce obchodzimy Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej. To dzień w którym Polacy manifestują swoje przywiązanie do barw narodowych. W Elblągu przeszedł pochód który jak co roku poniósł ogromną 50 metrową flagę ulicami Starego Miasta. 

Zobacz materiał wideo

Polska remisuje z Hiszpanią 1-1 w ostatnim meczu turnieju eliminacyjnego do mistrzostw Europy futsalu.

W ostatnim meczu rozgrywanego w Elblągu turnieju eliminacyjnego do mistrzostw Europy w futsalu reprezentacja Polski zremisowała z Hiszpanią 1:1 (1:1) i zapewniła sobie udział w play-off z trzeciego miejsca w grupie. 

 

Polska – Hiszpania 1:1 (1:1)

0:1 – Bebe (2), 1:1 – Mikołajewicz (18)

Żółte kartki: Kriezel, Franz, Kubik (Polska), Alex (Hiszpania)

Polska: Kałuża – Lutecki, Mikołajewicz, Kriezel, Pawicki

Na zmiany: Widuch, Kubik, Biel, Elsner, Gładczak, Mizgajski, Solecki, Franz, 

Trener: Andrzej Bianga

Hiszpania: Juanjo – Bebe, Pola, Rafa Usin, Raul Campos

Na zmiany: Carlos Barron, Ortiz, Marc Tolra, Francisco Javier Solano Leon, Lin, Alex, Adri, Adolfo

Trener: Jose Venancio Lopez

Sędziowali: Coelho (Portugalia), Galante (Włochy)

TABELA

1. Hiszpanie 3 7 14:1

2. Serbia 3 6 11:9

3. Polska 3 4 5:7

4. Mołdawia 3 0 5:18

Wtorek to ostatni dzień zmagań piłkarzy podczas turnieju eliminacyjnego w Elblągu do przyszłorocznych mistrzostw Europy w Słowenii. W pierwszym meczu tego dnia reprezentacja Serbii pokonała Mołdawię 7:3. 

We wtorek wieczorem, w ostatnim meczu turnieju, Polska zagra z Hiszpanią. Spotkanie w hali sportowo-widowiskowej MOSiR przy al. Grunwaldzkiej 135 rozpocznie się o godz. 20. 

Mołdawia – Serbia 3:7 (0:5)
0:1 – Simić (5), 0:2 – Simić (11), 0:3 – Tomić (12), 0:4 – Tomić (15), 0:5 – Tomić (20), 0:6 – Rajcević (21), 1:6 – Tacot (27), 2:6 – Negara (31), 2:7 – Rajcević (16), 3:7 – Obada (17)

żółta kartka: Milosavac, Simić (Serbia)

Mołdawia: Chitoroaga – Burdujel, Lascu, Obada, Tacot
Na zmiany: Neagu, Timbalist, Podlesnov, Nicolaiciuc, Negara, Hilotii, Gojan, Cozariuc, Munteanu
Trener: Vladimir Vusatii 

Serbia: Aksentijević – Perić, Rajcević, Kocić, Simić
Na zmiany: Momcilović, Milosavac, Stanković, Rakić, Ramić, Tomić, Prsić, Lazarević, Stojković
Trener: Goran Ivancic

Sędziowali: Berger (Hiszpania), Zelentsov (Rosja)

TABELA
1. Hiszpanie    2    6    13:0
2. Serbia    3    6    11:9
3. Polska    2    3    4:6
4. Mołdawia    3    0    5:18

Już jutro (wtorek 11.04) ostatni dzień turnieju eliminacyjnego do mistrzostw Europy UEFA Euro Futsal 2018. Reprezentacja Polski w ostatnim meczu pokonała Mołdawię 4-2 a Hiszpanie wysoko wygrali z Serbami 6-0.

Aktualni mistrzowie Europy to zdecydowany faworyt ale jak mówił trener Andrzej Bianga – Zagramy na 120 procent, rzucimy na szalę, to co mamy najlepszego aby walczyć o jak najlepszy wynik. –

Mecz Polski z Hiszpanią odbędzie się o godzinie 20:00 a wcześniej o godzinie 15:00 na parkiet hali przy ul.Grunwaldzkiej wybiegną zawodnicy reprezentacji Serbii i Mołdawii.

Bilety na oba mecze do nabycia w kasach hali przy ul.Gruwaldzkiej (mecz o godzinie 15 – 1zł, 10zł i 100zł VIP, mecz o godzinie 20 – 15zł, 25zł i 200zł VIP).

Dziś w południe odbyły się obchody 7. rocznicy Katastrofy Smoleńskiej. Wydarzenie rozpoczęło się Mszą w kościele pw. Wszystkich Świętych, później był przemarsz na Cmentarz Agrykola pod Krzyż Katyński, gdzie odbyły się główne uroczystości. 

Mszy Świętej przewodził Biskup Elbląski Jacek Jezierski – Trzeba dużej roztropności Polaków i dużej roztropności Rosjan w budowaniu wzajemnych więzi i porozumienia – mówił w trakcie homilii Biskup Elbląski, wspominając trudne relacje polsko-rosyjskie w minionym stuleciu, jak i obecnie.

Po zakończeniu Mszy uczestnicy obchodów przeszli pod Krzyż Katyński, gdzie znajduje się tablica upamiętniająca delegację, która siedem lat temu zmierzała na obchody Zbrodni Katyńskiej. Na placu pod Krzyżem zebrały się władze samorządowe, poczty sztandarowe, przedstawiciele organizacji kombatanckich, służb mundurowych, mieszkańcy Elbląga.

Uroczystość rozpoczęła się od odegrania hymnu państwowego, po którym nastąpiły przemówienia okolicznościowe. Sławomir Sadowski wicewojewoda warmińsko-mazurski wspominał osoby związane z naszym regionem, m.in. Marszałka Sejmu Macieja Płażyńskiego oraz Aleksandra Szczygłę, Ministra Obrony Narodowej, a później szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Marek Pruszak Przewodniczący Rady Miejskiej przywołał natomiast postać Ryszarda Kaczorowskiego, ostatniego prezydenta Rzeczypospolitej na Uchodźstwie.

Jacek Boruszka wiceprezydent Elbląga mówił z kolei:

– Dla każdego z nas wiadomość o katastrofie była przeżyciem tragicznym i bolesnym. Ofiary katastrofy były osobami publicznymi, wiele z tych osób znaliśmy osobiście, z wieloma wielokrotnie współpracowaliśmy. W jednej chwili odeszli od nas ludzie, którzy z wielkim zaangażowaniem służyli Polsce, tworzyli nasze państwo i pracowali dla dobra wspólnego. Losy delegacji do Katynia splotły się w dramatyczny sposób z losami ofiar, które ginęły w 1940 roku w lesie katyńskim. I tak jak wówczas, tak i przed siedmiu laty Ci, którzy zginęli pozostawili w kraju swoich bliskich, rodziny, przyjaciół i współpracowników. Pozostał po nich również dorobek i wciąż żywa nasza pamięć. Jej wyrazem są dzisiejsze uroczystości rocznicowe. Właśnie tu – pod Krzyżem Katyńskim, będącym symbolem pojednania i znakiem pamięci wielu bolesnych wydarzeń, których doświadczyła nasza Ojczyzna, spotykamy się, aby oddać hołd wszystkim ofiarom katastrofy. Tym gestem chcemy pokazać, że nadal pamiętamy i będziemy pamiętać o dokonaniach tych osób, ich działalności oraz zaangażowaniu w sprawy naszej Ojczyzny. Cześć ich Pamięci!

Uroczystość zakończył Apel Pamięci z odczytaniem nazwisk i funkcji ofiar katastrofy, salwa honorowa oraz składanie wieńców i kwiatów pod tablicą. Oprawę rocznicy zapewniła 16 Pomorska Dywizja Zmechanizowana.

 

W swoim drugim meczu na turnieju eliminacyjnym do mistrzostw Europy w futsalu, reprezentacja Polski pokonała Mołdawię 4:2. 

Biało-czerwoni w niedzielę musieli pokonać Mołdawię, żeby zachować szanse na dalszą walkę o przepustkę na przyszłoroczne ME w Słowenii. Drużyna Andrzeja Biangi zrealizowała ten plan i teraz może skupić się na ostatnim rywalu, którym będzie Hiszpania. 

Ostatnie dwa mecze turnieju w Elblągu zostaną rozegrane w najbliższy wtorek. O godz. 15 Serbia zagra z Mołdawią, a o godz. 20 Polska z Hiszpanią (oba spotkania zostaną rozegrane w hali przy al. Grunwaldzkiej 135, bilety można kupować w kasach). 

Polska – Mołdawia 4:2 (3:2)
0:1 – Neagu (5), 1:1 – Mikołajewicz(6), 2:1 – Zastawnik (10), 2:2 – Lascu (15), 3:2 – Mizgajski (16), 4:2 – Kubik (28)

Żółte kartki: Zastawnik (Polska), Negara, Tacot(Mołdawia)

Polska: Widuch – Zastawnik, Lutecki, Mikołajewicz, Kriezel
Na zmiany: Kałuża, Kubik, Biel, Elsner, Gładczak, Mizgajski, Solecki, Franz, Pawicki
Trener: Andrzej Bianga

Mołdawia: Neagu – Burdujel, Lascu, Obada, Tacot
Na zmiany: Timbalist, Podlesnov, Nicolaiciuc, Negara, Hilotii, Gojan, Chitoroaga, Cozariuc, Munteanu
Trener: Vladimir Vusatii 

Sędziowali: Berger (Izrael), Coelho (Portugalia)

Biuro Prasowe
Turnieju Eliminacyjnego EURO Futsal w Elblągu

W swoim pierwszym meczu turnieju eliminacyjnego do przyszłorocznych mistrzostw Europy w futsalu polscy piłkarze przegrali z Serbią 0:4.

W sobotę w Elblągu rozpoczął się turniej eliminacyjny do przyszłorocznych ME w futsalu. Reprezentacja Polski w pierwszym meczu zmierzyła się z czwartą drużyną ostatnich ME Serbią. Po pierwszej połowie Biało-czerwoni przegrywali 0:1. W drugiej do bramki także trafiali tylko rywale – uczynili to jeszcze trzykrotnie. 

Po pierwszym dniu turnieju, który jest rozgrywany w Elblągu, w tabeli prowadzi Hiszpania, która w sobotę pokonała Mołdawię 7:0.

Kolejne mecze zostaną rozegrane w niedzielę. Najpierw w hali przy al. Grunwaldzkiej 135 zmierzą się o godz. 15 reprezentacje Serbii i Hiszpanii, a o godz. 20 Polski i Mołdawi. Wciąż są dostępne bilety na te spotkania.

Polska – Serbia 0:4 (0:1)
0:1 – Kocić (15), 0:2 – Simić (26), 0:3 – Prsić (31), 0:4 – Simić (33)

żółte kartki: Zastawnik (Polska), Perić (Serbia)

Polska: Kałuża – Zastawnik, Lutecki, Mikołajewicz, Kriezel
Na zmiany: Widuch, Kubik, Biel, Elsner, Gładczak, Mizgajski, Solecki, Franz, Pawicki
Trener: Andrzej Bianga

Serbia: Aksentijević – Perić, Milosavac, Kocić, Simić
Na zmiany: Momcilović, Stanković, Rakić, Ramić, Tomić, Prsić, Lazarević, Stojković
Trener: Goran Ivancic

Sędziowali: Coelho (Portugalia), Galante (Włochy)


PO 1 DNIU
1. Hiszpania    3    7:0
2. Serbia    3    4:0    
3. Polska    0    0:4
4. Mołdawia    0    0:7

Biuro Prasowe Turnieju Eliminacyjnego UEFA EURO Futsal w Elblągu

Rosyjski ambasador Siergiej Andriejew złożył dziś wieniec pod pomnikiem, którego w zasadzie już nie ma. W Pieniężnie w województwie warmińsko-mazurskim dyplomata uczcił sowieckiego generała Iwana Czerniachowskiego, kata polskich patriotów. W dniu rocznicy powstania Armii Krajowej – trudno tego nie uznać za prowokację.


Iwan Daniłowicz Czerniachowski jako dowódca 3. Frontu Białoruskiego był odpowiedzialny za realizację tzw. operacji wileńskiej latem 1944 roku. Doprowadził do aresztowania pułkownika Aleksandra Krzyżanowskiego „Wilka” i rozbrojenia 8 tysięcy żołnierzy AK, z których wielu zostało zesłanych do łagrów lub przymusowo wcielonych do Armii Czerwonej. Doszło do tego po tym jak sowieci wspierani przez polskich żołnierzy z AK zajęli Wilno. Pomnik Czerniachowskiego w Pieniężnie zbudowano na początku lat 70-tych XX wieku w pobliżu miejsca, gdzie generał został śmiertelnie ranny podczas operacji wschodniopruskiej w lutym 1945 roku.


Sowieckiego generała pochowano go w Wilnie. Po odzyskaniu przez Litwę niepodległości jego szczątki przeniesiono na cmentarz w Moskwie, a wileński pomnik Czerniachowskiego przeniesiono do rosyjskiego Woroneża.

Przypomnijmy, rozbiórki monumentu od wielu lat domagały się polskie środowiska kombatanckie. Federacja Rosyjska broniła monumentu, argumentując, że jest on objęty międzyrządową umową z 1994 r. o grobach i miejscach pamięci.

17 września ubiegłego roku, w rocznicę sowieckiej agresji na Rzeczpospolitą w 1939 r. zdemontowano popiersie generała Armii Czerwonej. Rosyjski MSZ wyraził wtedy „stanowczy protest” z powodu demontażu. Wezwał też do siebie polską ambasador w Moskwie.

Generał Iwan Czerniachowski

Ambasador Siergiej Andriejew powiedział dziś dziennikarzom, że chociaż pomnika praktycznie nie ma, to i tak dla Rosjan będzie to miejsce związane z pamięcią po Czerniachowskim, bo tam generał został śmiertelnie ranny. Dlatego – jak zapowiedział – nadal będą tam organizowane rocznicowe obchody.

– Naszym zdaniem ten pomnik ma sens, tylko kiedy jest tam, gdzie miały miejsce wydarzenia, które ma upamiętniać. Nie ma sensu przenosić pomnika w inne miejsce, bo to nie będzie pomnik Czerniachowskiego tylko czegoś innego, (będzie to – red.) na przykład pomnik niewdzięczności

– mówił ambasador Rosji cytowany przez portal tvn24.pl.

Cytowana publikacja

 


od Redakcji :

Dylemat moralny polityczny czy po prostu sprzątanie po latach Stalinizmu ?

O podobnym dylemacie w Elblągu pisze portal Info          Publikacja InfoElbląg


 

 Rocznica zdobycia Elbląga bez przemówień, wojska i... mieszkańców

Kilka minut trwało dziś (10.02.) upamiętnienie rocznicy zdobycia naszego miasta. Od 1772 r. Elbląg był we władaniu Prus. Dokładnie 71 lat temu został on wyzwolony przez Armię Radziecką. Jak upamiętniliśmy tę rocznicę?
Fot.Ryszard Biel
Biuro Prasowe Urzędu Miejskiego wystosowało do elbląskich mediów komunikat zapraszający elblążan, by 10 lutego, między 14.00 a 15.00, składali kwiaty i znicze pod Pomnikiem Armii Radzieckiej, przy ul. Agrykola.
Niestety 71. rocznica zdobycia Elbląga nie wzbudziła wielkiego zainteresowania. O wyznaczonej porze pod pomnikiem zjawił się jedynie wiceprezydent Janusz Nowak, pracownik Biura Prasowego UM Łukasz Mierzejewski oraz elblążanin dr Michał Glock.

Rocznica zdobycia Elbląga, fot. 7        Rocznicę którą pamięta i czci dwóch obywateli Elbląga uznać należy za ważną czy za nieważną ?  Waga pamięci nie liczy się wszak liczbą pamiętających ani formą pamięci bo przyjmując takie kryteria Rzeź Wołyńska powinna być traktowana jako powód do radości skoro 11 lipca w Elblągu zorganizowano imprezę plenerową na kilka tysięcy osób pod nazwą „Color Fest ”

 

 


 

                             Kolor Fest. Kolorowy Elbląg (Zdjęcie miesiąca) Portel Fot. Grażka

Przypomnijmy też że próba skłonienia uczestników tej zabawy do refleksji skończyła się interwencją agencji ochrony ” Dogmat ” a usuniętego z terenu imprezy dziennikarza Policja nie wprowadziła ponownie na jej teren, uznając że prowadzenie wywiadów z młodzieżą na temat Krwawej Niedzieli narusza ład i porządek ustanowiony przez potomków tych pomordowanych.

DSC04911

 

Rozmowa z uczestnikami imprezy na jednym z placów Elbląga. Jak widać dla Organizatora Agencji Ochrony „Dogmat” i Policji dyktafon jest narzędziem niebezpiecznym.

 

DSC04853

 

Uczestnicy tej imprezy nie czuli się jednak zagrożeni ale wielu z nich wyrażało zakłopotanie z powodu własnej niepamięci …

 

 

Komenda Miejska Policji w Elblągu o prawach ofiar ” Wołynia ” zapomniała tak jak większość Elblążan zapomniała o grobach żołnierzy Armii Czerwonej ale przecież wszyscy którzy w latach 1939-1955 zginęli  są jej ofiarami i warto oddać im cześć czasem zapominając o tym że czasami stawali się też katami .

 

DSC04894


 

Na koniec zagrajmy stary szkocki utwór w wykonaniu zespołu Dwa +Jeden

 

Mija kolejna potwornej zbrodni, popełnionej 29 stycznia 1944 r. na bezbronnych mieszkańcach polskiej wsi Koniuchy na Wileńszczyźnie. Niemrawe śledztwo prowadzi w tej sprawie pion śledczy IPN od ponad dekady, jednakże w sprawie nic konkretnego się nie dzieje.

 

O ile na odcinek „Jedwabne” rzucono wielkie siły, aby wyjaśnić to i owo (w rezultacie przerywając nagle ekshumację już na samym początku i nie udostępniając podstawowych dokumentów ze śledztwa, wyjaśniono więc tak naprawdę niewiele), to w sprawie masakry w Koniuchach mieliśmy podejście zupełnie inne.

 

Inna też była rola mediów – tam wielkie zainteresowanie i wszelkie „autorytety” i autoryteciki z różnych dziedzin poczuły się wielce zobowiązane, aby dać posłuszny i jednoznaczny głos potępienia lokalnej polskiej społeczności (i Polaków w ogóle),  tu mamy natomiast jednoznaczną i zastanawiającą zmowę milczenia. Jaka jest tego przyczyna? Śmierć, zadana w sposób niezwykle okrutny kilkudziesięciu osobom, w tym kobietom i maleńkim dzieciom nie zasługuje na uwagę? A mamy do czynienia ze zbrodnią, która jest niezwykle bogato udokumentowana, zachowały się bowiem dokumenty niemieckie, sowieckie (sowieckiej partyzantki), żydowskie, litewskie (litewskiej policji). Liczni bezpośredni świadkowie złożyli relacje i napisali wspomnienia.

 

W sprawie tej nie ma żadnych wątpliwości, zarówno co do sprawców, jak i ofiar. Wśród sprawców Kongres Polonii Kanadyjskiej, który złożył oficjalne zawiadomienie do IPN, ustalił (po imieniu i nazwisku!) co najmniej czterdziestu uczestników zbrodni – członków sowieckich  „brygad” i „oddziałów partyzanckich”. Złożyli oni relacje i wspomnienia, zamieścili informacje o swym uczestnictwie w publikacjach i ankietach personalnych. Ofiarą zbrodni padło co najmniej 38 osób cywilnych narodowości polskiej…

 

Oficjalna wersja sprawców jest taka: wieś Koniuchy była silnie ufortyfikowana, chroniły ją jakieś „wieże” i umocnienia, stacjonował w niej silny garnizon niemiecki (byłby to ewenement na skalę okupowanej przez Niemców Europy). Akcja zbrojna sowieckich oddziałów partyzanckich, złożonych głównie przez „bojców” narodowości żydowskiej, wymierzona była wyłącznie przeciw okupantom i dyspozycyjnych wobec nich kolaborantów z tej wsi. Gdyby faktycznie doszło do jakiejkolwiek walki, to przecież „bojcy”, atakując ufortyfikowany i doskonale uzbrojony niemiecki garnizon, musieliby ponieść ogromne straty a ich sukces nie miałby w ogóle miejsca! Zginęła wyłącznie miejscowa ludność wiejska z napastnicy nie zdobyli żadnej broni…

 

W powojennych opisach owej bohaterskiej „akcji zbrojnej”, lub nawet… „bitwy”, śmierć miało ponieść aż 300 mieszkańców wsi, choć wszystkich tam było zaledwie kilkudziesięciu. Opisy wielkich walk pojawiły się w żydowskiej literaturze naukowej i wspomnieniowej, mającej na celu wyeksponowanie szczególnego bohaterstwa niezłomnych „partyzantów”. Cały czas podtrzymywana jest absurdalna wersja o istniejących tam fortyfikacjach i niemieckim garnizonie, o uzasadnionym odwecie (ale za co?), a wszystko po to, aby zniwelować wrażenie o niesłychanej zbrodni. Instytucje państwowe, powołane do wyjaśniania takich spraw i ścigania sprawców, działały tu wyjątkowo nieudolnie. Jakże bowiem wytłumaczyć fakt, że przez ponad dekadę nie udało się dotrzeć do sprawców i choćby ich przesłuchać? Podobno wrażliwa na takie wydarzenia pewna gazeta nie zdobyła się po dziś dzień nawet na jeden artykuł. Dzięki Kongresowi Polonii Kanadyjskiej i staraniom śp. Andrzeja Przewoźnika na miejscu stanął krzyż, upamiętniający ofiary. Dziś nawet to z pewnością byłoby nie do osiągnięcia.

 

Mamy zatem do czynienia z polityką historyczną, która jest niezwykle wybiórcza i ślepa na jedno oko. Nie powstanie więc film, sugestywnie oddający realia. A tu nie trzeba konfabulować, jak w osławionym już „Pokłosiu”, czy publikacjach pewnej nadwrażliwej dziennikarki, która całe lata poświęciła na zaciemnianie sprawy Jedwabnego. Wystarczy rzetelnie przedstawiać oczywiste fakty.

Nie łudźmy się – w obecnej sytuacji nic takiego nie będzie mieć miejsca. Mamy do czynienia z osobami i środowiskami „wrażliwymi inaczej”, które wyszukają (bądź nawet specjalnie umieszczą) źdźbło w naszym oku, nie widząc belki w oku własnym.

 

Jak okrutna potrafiła być wojna i okupacja, jaką gehennę przeżywały polskie wsie, świadczyć mogą wspomnienia żydowskiego „partyzanta”, uczestnika masakry w Koniuchach.

Zamieszczamy poniżej ich fragment, żeby pokazać, ze zbrodnia i wynaturzenia nie mają narodowości – wszyscy do tego byli zdolni. Ale też – to musimy wyraźnie przyznać – nie wszyscy to robili…

Z poniższej relacji wiemy, że „akcja”, która kosztowała życie co najmniej 38 ofiar, trwała zaledwie godzinę, sprawcy zabawiali się później z ciałami zabitych, lub tylko ciężko rannych kobiet w sposób niezwykle bestialski. I choć nie wszyscy podzielali radość uczestników owej „zabawy”, nikt ich w tym nie powstrzymał i nie rozliczył. Przeciwnie, zostali powitani w swej bazie jak bohaterowie. Bohaterstwo, jak widać, może przybierać różne oblicza.

 

Leszek Żebrowski   http://www.pch24.pl/pamietajmy-o-koniuchach,11985,i.html

 

Koniuchy to niewielka wioska położona na Litwie w gminie Soleczniki, zaledwie kilka kilometrów od granicy z Białorusią. Przed II wojną światową znajdowała się na terytorium Polski, w powiecie lidzkim, w gminie Bieniakonie. Od 1941 roku wraz z całą Litwą wchodziła w skład Komisariatu Rzeszy Wschód (Reichskommissariat Ostland). Od 1942 roku należała do powiatu Ejszyszki, gminy Jaszuny1. 29 stycznia 1944 roku została zaatakowana przez sowieckich partyzantów. Zginęło ponad 30 mieszkańców wioski, a kilkunastu zostało rannych2. Podczas II wojny światowej podobnych tragedii było na Litwie i w całej Europie wiele, przez długie lata historia Koniuchów nie wzbudzała więc większego zainteresowania historyków ani opinii publicznej na Litwie i w Polsce. Dopiero w lutym 2001 roku Zarząd Główny Kongresu Polonii Kanadyjskiej zwrócił się do Instytutu Pamięci Narodowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu z prośbą o rozpoczęcie badań i dochodzeń w sprawie mordu w Koniuchach.

http://histmag.org/grafika/articles7/koniuchy/komisariat-rzeszy-wschod.png

Co zainspirowało to działanie? Nieco wcześniej na polskim rynku wydawniczym ukazała książka Jana Tomasza Grossa pt. „Sąsiedzi”, opowiadająca o zbrodni dokonanej na Żydach z Jedwabnego przez ich polskich sąsiadów. Historia Koniuchów, w których zniszczeniu brali udział także żydowscy partyzanci, była alternatywna wobec historii Grossa, pokazywała bowiem, że Żydzi nie zawsze byli ofiarami. Prawicowe media chętnie podchwyciły tę historię, opisując męki ofiar i okrucieństwo partyzantów3.

Kilka lat później polsko-żydowskie spory historyczne doprowadziły do konfliktu między Litwą i Izraelem, sprawą Koniuchów zajęła się bowiem litewska prokuratura. W 2008 roku zainteresowała się ona Rachel Margolis i Fanią Brancowski, dwoma członkiniami żydowskiej partyzantki w Puszczy Rudnickiej, które chciała przesłuchać w sprawie zbrodni w Koniuchach, o której Margolis pisała w swoich wspomnieniach4. Efraim Zuroff, dyrektor izraelskiej fili Centrum Szymona Wiesenthala, określił próbę doprowadzenia sędziwych już kobiet na przesłuchanie jako litewską hucpę. Izraelska prasa podchwyciła jego słowa, przypominając jednocześnie, że Litwini nie rozliczyli jeszcze nazistowskich kolaborantów. Kiedy na przesłuchanie wezwano Yitzhaka Arada, historyka i byłego dyrektora Instytutu Yad Vashem, zarówno Instytut jak i izraelskie ministerstwo spraw zagranicznych wyraziło protest. Litwinów zaczęto oskarżać o próbę fałszowania historii5.

Cała sprawa wstrząsnęła mną, ponieważ studiując w Wilnie w 2009 roku, osobiście poznałam Fanię Brancowski, która pracowała wówczas jako bibliotekarka na Uniwersytecie Wileńskim. Fania ochoczo opowiadała mi o przedwojennym Wilnie, a nawet o konspiracji w wileńskim getcie, jednak kiedy pytałam ją o partyzantkę, milkła i kończyła rozmowę. Dlatego też, po powrocie do Warszawy, postanowiłam zbadać sprawę Koniuchów.

Źródła

Napaść na wioskę została opisana w dokumentach sowieckich zgromadzonych w Litewskim Archiwum Specjalnym. Zachowało się sprawozdanie, które Genrikas Zimanas (naczelny dowódca sowieckich partyzantów w Litwie południowo-wschodniej) wysłał do Antanasa Snieczkusa (szefa Sztabu Litewskiego Ruchu Partyzanckiego) po ataku na Koniuchy. Ponadto, w teczkach personalnych niektórych członków oddziału partyzanckiego „Śmierć okupantom” znaleźć można informacje o ich udziale w akcji przeciwko Koniuchom6. Jednak sowieckie źródła archiwalne dotyczące pacyfikacji wsi Koniuchy są fragmentaryczne i tendencyjne. Trudno na ich podstawie określić przyczyny tragedii, motywy działań partyzantów, przebieg i skutki akcji7.W źródłach sowieckich Koniuchy są opisywane jako „najbardziej zaciekła” uzbrojona wieś w powiecie, a mieszkańców wsi nazywa się hitlerowcami i faszystami.

Niemniej tendencyjne są wspomnienia żydowskich partyzantów pisane wkrótce po wojnie i wiele lat po niej. Autorzy, by usprawiedliwić atak na wieś, przedstawiają wieśniaków jako zagorzałych popleczników hitlerowców. Powiększają liczbę ofiar i dramatyzują przebieg akcji z 29 stycznia 1944 roku. Ich wiarygodność pozostawia wiele do życzenia, np. Rachel Margolis otwarcie przyznała, że informacje o Koniuchach zaczerpnęła z drugiej ręki8. Z kolei „Dziennik operacyjny żydowskiego oddziału partyzanckiego w Puszczy Rudnickiej”, prowadzony w latach 1943–1944, zawiera tylko jednozdaniową notatkę nt. Koniuchów. Niemniej źródło rzuca istotne światło na relacje między partyzantami sowieckimi a wsiami rejonu Puszczy Rudnickiej[ 9].

 

W źródłach polskich tragedia Koniuchów znalazła niewielki oddźwięk. Mówi o tym terenowe sprawozdanie sytuacyjne za luty 1944 roku sporządzone przez polską konspirację na Wileńszczyźnie10. Niejasno zarysowuje problem w swoich wspomnieniach major Stanisław Truszkowski, dowódca V batalionu 77 pp. Armii Krajowej11. Więcej informacji na ten temat przekazuje jego podwładny, Ryszard Kiersnowski, który otwarcie pisze o masakrze wioski12. Powyższe źródła opisują liczne starcia między Polakami, Litwinami, Niemcami i Sowietami. Umożliwiają zatem określenie przyczyn tragedii z 29 stycznia 1944 roku.

Raporty litewskiej policji pomocniczej i policji bezpieczeństwa spisane wkrótce po ataku na Koniuchy są niedokładne i nieco różnią się miedzy sobą w kwestii liczby rannych i oporu stawianego partyzantom . Sądzę jednak, że można je uznać za obiektywne źródło13.

Liczne kontrowersje

Sprawa masakry w Koniuchach jest bardzo skomplikowana. Po pierwsze, niejasny jest skład etniczny wioski. Według litewskiego historyka, Rimantasa Zizasa, miejscowa ludność mówiła po litewsku, mimo że narzucano jej polską świadomość etniczną. Tymczasem, według spisu powszechnego z 1921 roku tylko 1 na 280 mieszkańców wsi podał narodowość inną niż polska. W całej gminie Bieniakonie narodowość litewską podało tylko 27 osób14. W latach okupacji niemieckiej większość mieszkańców została zapisana jako Litwini. Kiedy przeglądałam listę ofiar masakry z 29 stycznia 1944 roku, zauważyłam, że większość z nich nosi nazwiska litewskie, lecz imiona mają polskie15. Sama gmina Soleczniki uchodzi obecnie za polski matecznik na Litwie, a sprawa Koniuchów aż do 2008 roku nie była szerzej znana na Litwie. W uroczystościach zorganizowanych z okazji 60. rocznicy napaści na wioskę udział wzięli przedstawiciele Związku Polaków na Litwie: Waldemar Tomaszewski i Michał Mackiewicz, radca Ambasady Polskiej na Litwie Jan Nowicki oraz przedstawiciele władz lokalnych: burmistrz i wiceburmistrz Solecznik. Nie pojawili się przedstawiciele litewskich władz państwowych16.

Dyskusyjny jest także skład grupy partyzanckiej, która dokonała pacyfikacji wioski. Instytut Pamięci Narodowej ustalił, że atak przeprowadziła licząca od 120 do 150 osób grupa partyzantów sowieckich pochodzących z różnych oddziałów stacjonujących w Puszczy Rudnickiej, takich jak: „Śmierć okupantom”, „Śmierć faszyzmowi”, „Piorun”, „Margirio” czy oddział im. Adama Mickiewicza17. Tymczasem Genrikas Zimanas, naczelny dowódca sowieckich partyzantów w Litwie południowo-wschodniej, 31 stycznia 1944 roku informował Antanasa Snieczkusa, szefa Sztabu Litewskiego Ruchu Partyzanckiego, że 29 stycznia „połączona grupa oddziałów wileńskich, oddziału «Śmierć okupantom», oddziału im. Margirisa i specjalnej grupy sztabu generalnego, całkowicie spaliła Koniuchy”. Do ataku na Koniuchy przyznawali się po wojnie także członkowie kilku oddziałów partyzanckich (np. „Szarunas”, „Perkunas” czy „Mickiewicz”), którzy o akcji tylko słyszeli, ale wobec braku rzeczywistych dokonań w walce z Niemcami przypisywali sobie zniszczenie rzekomo kolaboranckiej wioski18.

Sam motyw współpracy Koniuchów z okupantem nie jest zmyślony i niewątpliwie legł u źródeł konfliktu między mieszkańcami wioski a sowiecką partyzantką. Sytuacja w Puszczy Rudnickiej i okolicach była jednak na tyle skomplikowana, że nie można zawęzić przyczyn tragedii do prostego stwierdzenia „kara za kolaborację”. Ponadto, dokładnych ustaleń wymaga przebieg masakry oraz liczba zabitych i rannych.

 

 

Cytowany tekst .

asp-slide

Audi Centrum Gdańsk

 

Audi Centrum Gdańsk

Audi Centrum Gdańsk

Autoryzowany Dealer Audi

ul. Lubowidzka 44

80-174 Gdańsk

tel.: 58 50 66 300

 

Godziny otwarcia:

Salon

pon. – pt. 9:00 – 19:00

sob. 9:00 – 15:00

Serwis

pon. – pt. 7:00 – 19:00

sob. 7:00 – 15:00

 

Polskie mieszkania na tle Europy

WGN Nieruchomości | 2016-01-25 (14:23)
 
Polskie mieszkania na tle Europy

Warunki mieszkaniowe w Polsce ciągle odbiegają od standardów europejskich. Niestety najnowsze dane potwierdzają ten stan rzeczy. Żyjemy w małych, a na dodatek przeludnionych mieszkaniach. Cenimy za to własność – wychodząc z założenia, że lepiej małe, za to „swoje”.

Takie wnioski płyną m.in. z danych Eurostatu, ale też z „Diagnozy Społecznej 2015”. Według Europejskiego Urzędu Statystycznego Polska to kraj, w którym obywatele żyją w ciasnocie. Dotyczy to aż 44 proc. z nas. Wyprzedzają nas tylko dwa państwa – Rumunia (52 proc.) i Węgry (45 proc.). Warto zaznaczyć, że średnia unijna wynosi 17 proc.

Polacy, podobnie jak inne narody naszego regionu, mimo że nie mogą się pochwalić dużymi nieruchomościami, zdecydowanie cenią własność. Pod względem posiadania przoduje zdecydowanie Europa Środkowa. Największy odsetek właścicieli mieszkań i domów ma Rumunia – 96,1 proc. mieszkańców tego kraju mieszka „na swoim”. Właścicielami swoich domów i mieszkań najczęściej są także Słowacy (90,3 proc.), Litwini (89,9 proc.), Chorwaci (89,7 proc.) i Węgrzy (89,1 proc.). W Polsce odsetek właścicieli sięga 83,5 proc. Dla porównania najrzadziej domy i mieszkania na własność kupują Niemcy i Austriacy. 47,5 proc. Niemców żyje w nieruchomościach wynajmowanych, a w Austrii odsetek ten sięga 42,8 proc. Wysoki jest także we Francji i Wielkiej Brytanii (ok. 35 proc.).

W Polsce „własność” nie przekłada się na „jakość”

Według danych GUS na jedną osobę w naszym kraju przypada przeciętnie 25 metrów kwadratowych mieszkania. Teoretycznie jest to dużo, należy jednak pamiętać, że do danych statystycznych wykorzystuje się powierzchnię zarówno najmniejszych, jak i największych domów oraz mieszkań. Według danych z „Diagnozy Społecznej 2015” w 2015 r. na jednego mieszkańca przypadały 34 mkw. Sytuacja względem roku 2011 poprawiła się o blisko 2 mkw. Na tle innych państw wypadamy jednak blado. Przykładowo mieszkańcy takich krajów jak Dania, Niemcy czy Austria dysponują powierzchnią na „głowę” wynoszącą ponad 50 mkw.

Należy jednak zaznaczyć, że idzie „ku dobremu”. Nasze mieszkania powoli, ale systematycznie się powiększają. W porównaniu z czasami PRL można mówić dziś wręcz o prawdziwym luksusie. W 1970 roku na jednego obywatela przypadało zaledwie 13 metrów kwadratowych! W 1988 roku – 17 mkw., a w 2002 – 21 mkw.

Polskie mieszkania bez ciepłej wody i własnej łazienki

Poprawia się standard mieszkań. Z „Diagnozy Społecznej 2015” wynika, że ciągle ponad 17 proc. mieszkań w Polsce nie dysponuje ciepłą wodą, a ponad 5 proc. łazienką z wanną lub prysznicem (4 proc. nie ma ustępu spłukiwanego bieżącą wodą). Choć te wyniki mogą na pierwszy rzut oka nie wydawać się zbyt dobre, poprawa jest zasadnicza, biorąc pod uwagę, że jeszcze w 2000 roku ciepłej bieżącej wody nie miało blisko 30 proc. mieszkań, a łazienki z wanną lub prysznicem blisko 14 proc. Z kolei ponad 11 proc. nie dysponowało WC.

Dlaczego Polacy żyją w ciasnocie?

Odpowiedź wydaje się oczywista. Polskie mieszkania, mimo że na tle Unii wypadają tanio, są dla naszych obywateli jednak drogie. Według raportu Deloitte z czerwca 2015 „Property Index. Overview of European Residential Markets” średnie stawki za metr kwartowy w Polsce wynoszą około 1,1 tys. euro/mkw., co daje nam trzecie miejsce od końca pod względem wysokości cen mieszkań w analizowanych państwach. W zestawieniu przoduje Wielka Brytania z cenami wynoszącymi blisko 5000 euro/mkw. We Francji ceny zbliżają się do 4000 euro, w Niemczech – około 1800 euro, w Czechach około 1200. Tańszymi od Polski krajami są natomiast Węgry (około 1000 euro) i Rosja (około 800-900 euro).

Ile w Polsce trzeba pracować na własne mieszkanie?

Mimo tanich nieruchomości Polacy muszą na nie długo pracować. Ile? Jeśli mogliby odłożyć średnie roczne wynagrodzenie, by kupić 70-metrowe mieszkanie, musieliby odkładać przez ponad 7 lat. Niemcowi wystarczyłyby tylko 3 lata oszczędzania, podobnie Belgowi i Duńczykowi. Z czterema odłożonymi rocznymi pensjami o zakupie 70-metrowego mieszkania może już myśleć Holender i Hiszpan.

Problem tkwi jednak w samej skali oszczędzania. Według raportu o światowym bogactwie, sporządzonego przez firmę Allianz, oszczędności przeciętnego Polaka wynoszą około 6190 euro, czyli blisko 26 tysięcy złotych. Nasz kraj znalazł się na 39. miejscu spośród 50 analizowanych państw. Oszczędności Brytyjczyków i Francuzów są wielokrotnie większe (odpowiednio 86 tys. euro i 51 tys. euro na osobę). Bogatsi od nas okazują się także Grecy i Czesi – z aktywami przekraczającymi 11 tys. euro na osobę. Spośród krajów unijnych mniejszymi oszczędnościami dysponują tylko Rumuni (4,2 tys. euro) i Słowacy (5,2 tys. euro).

Najpopularniejsze mieszkania w Polsce

Niezależnie od możliwości finansowych Polaków sektor deweloperski odpowiada na zapotrzebowanie rynkowe. Zarówno na rynku pierwotnym, jak i na rynku wtórnym zdecydowanie dominują mieszkania małe – do 60 mkw., przy czym najpopularniejsze są te do 50 metrów. Firmy przyznają, że wśród projektów obecnie przeznaczanych do sprzedaży dominujący format to dwa małe pokoje o powierzchni 38-48 mkw. Taki stan rzeczy wynika też z dosyć dużego popytu na nieruchomości pod wynajem. Zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym stosunkowo małe mieszkania najszybciej znajdują najemców. Z danych analitycznych WGN wynika jednak, że – jeśli szukać okazji cenowych – warto zwrócić się właśnie ku większym metrażom. Na rynku wtórnym stawki za metr kwadratowy dużych mieszkań (powyżej 70 mkw.) są przeciętnie o 7-10 proc. niższe od średnich cenowych.

Karolina Jaworska, WGN Nieruchomości

                            Cytowany tekst na portalu O2

 Jean-Claude Juncker (PAP/EPA/Olivier Hoslet)
Jean-Claude Juncker (PAP/EPA/Olivier Hoslet)

To, co się dzieje w Polsce, jest zadziwiające i przerażające. Atak na niezależność wymiaru sprawiedliwości oraz na media, a przede wszystkim stosowane przy tym metody, to deptanie podstawowych zasad Unii Europejskiej – mówił niedawno Jean Asselborn, minister spraw zagranicznych Luksemburga. I dodał: – Można odnieść wrażenie, że cofnęliśmy się do czasów Związku Radzieckiego.

Specjalne wystąpienie Beaty Szydło. „Plan PO się nie udał”
Żyjemy w wolnej europejskiej wspólnocie i każdy obywatel ma prawo do własnej oceny tego, co się wokół niego dzieje. Ale czy, biorąc pod uwagę sytuację w Luksemburgu, akurat tak ostra krytyka ministra rządu Wielkiego Księstwa jest uzasadniona?

Luksemburg należy do tej grupy państw UE, które mają Trybunał Konstytucyjny, i chwała mu za to. W UE są także państwa, które takich trybunałów nie mają, np. Szwecja – kraj często przedstawiany przez zwolenników lewicy za wzór (w UE jest też Wielka Brytania, która nie ma nawet jednolitego tekstu konstytucji). Jednak luksemburski Trybunał Konstytucyjny ma niewiele wspólnego z polskim. Wielki Książę, rząd, parlamentarzyści czy rzecznik praw obywatelskich nie mogą zaskarżać ustaw do Trybunału. Do tego uprawnione są wyłącznie sądy. W porównaniu ze swoim polskim odpowiednikiem luksemburski Trybunał jest zawodnikiem wagi piórkowej.

Członkowie rządzącej Luksemburgiem koalicji liberałów, zielonych i socjalistów, do których należy minister Asselborn, doskonale zdają sobie sprawę z względnej słabości swojego Trybunału. W związku z tym zaplanowali jego reformę. W kontekście krytyki ministra Asselborna pod adresem Polski i równoległych działań Komisji Europejskiej czytelnicy w Polsce zapewne spodziewaliby się, że taka reforma ma polegać na wzmocnieniu roli luksemburskiego Trybunału Konstytucyjnego. Nic bardziej mylnego.

Lewicowy rząd ma zamiar go zlikwidować. Przewiduje to przyjęty przez koalicję w zeszłym roku projekt nowej konstytucji, z którym każdy może się zapoznać na stronie www.referendum.lu.

Dla lewicowego luksemburskiego rządu przyjęcie nowej konstytucji jest sztandarowym projektem programowym, więc oficjalnie zgłoszony zamiar likwidacji tak istotnego elementu państwa prawa jak Trybunał Konstytucyjny powinien być dokładnie przeanalizowany przez Komisję Europejską pod przewodnictwem innego Luksemburczyka – Jeana-Claude’a Junckera. Ciekawe, dlaczego do tej pory Komisja nie zgłosiła żadnych zastrzeżeń? Czy w ogóle to uczyni? No, chyba że w Komisji nikt niczego nie zauważył, bo wiadomo – najciemniej jest pod latarnią.

Co do zarządzania publicznymi środkami masowego przekazu, to w Luksemburgu o żadnych konkursach na menedżerskie stanowiska nie ma mowy. W Wielkim Księstwie istnieje tylko jedna publiczna rozgłośnia – Radio 100,7 – i na mocy rozporządzenia Wielkiego Księcia z 19 czerwca 1992 r. cały jej dziewięcioosobowy zarząd jest mianowany przez rząd.

Nie przypominam sobie również, aby w 2009 r. Komisja Europejska, Jean-Claude Juncker, Jean Asselborn, Viviane Reding czy inni znani luksemburscy politycy protestowali, gdy w sąsiadującej z Luksemburgiem Francji Nicolas Sarkozy tak zmienił prawo, żeby to prezydent Republiki Francuskiej mógł bezpośrednio mianować szefa francuskiego publicznego koncernu medialnego.

Nie jest również żadną tajemnicą, że główne luksemburskie gazety są ściśle związane z partiami politycznymi. Nawet w opisie luksemburskiej prasy (pod hasłem „main dailies/written press”) znajdującym się na oficjalnym portalu Wielkiego Księstwa www.luxembourg.public.lu mowa jest o tym, że mają one „stronniczy charakter”, co wręcz zostało specjalnie zaznaczone pogrubionym drukiem!

Niestety, sam mogę to potwierdzić. Gdy kilka lat temu Ambasada RP w Luksemburgu wraz z Uniwersytetem Luksemburskim zorganizowała konferencję na temat gazu łupkowego, to po interwencji jednego z nieprzychylnych wobec gazu łupkowego luksemburskich polityków tekst czołowego dziennika o tym wydarzeniu został natychmiast zdjęty z jego strony internetowej, a następnego dnia nie poszedł do druku. Nikt nie zrobił z tego powodu awantury, a w rozmowach prywatnych dziennikarze przyznawali, że takie interwencje polityków są w Luksemburgu na porządku dziennym.

A luksemburska Rada Prasowa, która powinna dbać o niezależność i wolność mediów? Owszem, istnieje, ale nie ma wystarczającej siły przebicia. W ciągu ostatnich kilku lat Rada dwukrotnie uznała, że w stosunku do artykułów prasowych, komentarzy, reportaży i jakichkolwiek innych materiałów medialnych nie można stosować zakazu dyskryminacji ze względu na płeć, ponieważ taki zakaz ogranicza wolność i niezależność mediów. Żaden luksemburski rząd się tymi stanowiskami Rady nie przejął. Zostały one zignorowane, a kontrowersyjne przepisy – podtrzymane. I co na ten temat mają dziś do powiedzenia czołowi luksemburscy politycy tak żarliwie broniący niezależności mediów? Nic, zupełnie nic.

W tej sytuacji z czystym sumieniem można im zadedykować następujące słowa z Ewangelii św. Łukasza: „Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz?”

Autor jest ambasadorem RP w Wielkim Księstwie Luksemburga. Tekst zawiera jego prywatne poglądy

Bartosz Jałowiecki

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1041267,title,Luksemburska-hipokryzja,wid,18101462,wiadomosc.html?ticaid=1164c1

Od redakcji :
Hipokryzja to chyba drugi po tchórzostwie grzech Człowieka. Dla polityka być może pierwszy. Jeden z drugim trochę się wiążą ponieważ trzeba mieć odwagę i do tego by przyznać się do błędu i zmienić zdanie . Dla polityka to też konieczność uzasadnienia powodu tych zmian. Ale poglądów nie zmienia tylko krowa .

Dla czytelników coś z tomiku „Fioletowa Krowa” Recenzja tomiku angielskiej i amerykańskiej poezji niepoważnej

John Gay – Epitafium własne

Życie to żart – po tamtej stronie podejrzenie
Miałem, że sąd to mylny. Widzę po tej, że nie.

A dla tych co czytać nie lubią inna „Fioletowa Krowa” tym razem ze scen teartu. Co prawda dostepny jest tylko trailer ale jego bohaterowie to grono samych najlepszych z „Blachą” bez blachy na czole na czele.