Realizacja usług publicznych przez NGO polemika

Przeczytałem poglądy czterech uczestników debaty i przyznam się, że niewiele z mądrych twierdzeń do mnie dotarło. Dziwi mnie jednak, że żaden z przedmówców nie pokusił się o faktyczną analizę procesów, jakie w Polsce zaszły i nie wpadł na pomysł zdiagnozowania przyszłości współpracy samorządu z NGO-sami. Jak na prowincjusza i profana przystało, postaram się zatem na konkretnych przykładach w debatę włączyć.

Pierwszy proces, którego szanowni przedmówcy nie dostrzegli to postęp techniczny, który sprawia, że coraz mniej pracujemy, a coraz więcej czasu mamy dla siebie. Efektem tego procesu jest i to, że spada zatrudnienie w przemyśle i usługach co powinno sprawiać, logicznie rzecz biorąc, że powinno rosnąć  bezrobocie. Cud gospodarki XXI wieku polega na tym, że bezrobocie nie rośnie w krzywej proporcjonalnej do uprzemysłowienia czy robotyzacji przemysłu. Skąd ten paradoks? 

Moim zdaniem właśnie owe przerosty administracji są tym, co kompensuje spadek zatrudnienia w twardej sferze produkcji i usług, tworząc wokół nich swojego rodzaju administracyjną otulinę. Przykładem na to, że owa otulina powstaje są choćby rozwijające się coraz wyraźniej biura rachunkowe, które stają się swego rodzaju przeciwnikiem dla administracji skarbowej czy molochów ZUS-u. Powstaje zatem nowy rynek dla usług organizacji pozarządowych, traktowanych przez fiskusa z większym przymrużeniem oka. I rosną jak grzyby po deszczu organizacje nastawione w zasadzie na podtrzymywanie własnego trwania, dla których misją nie jest już rozwiązywanie problemów obywateli, ale rozwiązywanie ich własnych problemów kosztem obywateli. I ta grupa zawodowych działaczy społecznych oddaliła się od spraw zwykłych ludzi mniej więcej tak, jak wypowiedzi przedmówców odeszły od faktycznych problemów sektora małych organizacji pozarządowych, których działacze nadal wkładają w to co robią nie tylko serce i czas, ale i własne, ciężko zarobione pieniądze. I co gorsza to właśnie takie organizacje przegrywają z zawodowymi organizatorami aktywności społecznej na każdym torze wyścigu jakim jest, mimo wszystko, kapitalizm. Nikt nie liczy się z głosem  trzy- lub pięcioosobowych stowarzyszeń zwykłych i wymykają się one zupełnie z pola widzenia samorządu, a ich miejsce w debatach z administracją samorządową zajmują właśnie profesjonaliści, którzy z działalności społecznej uczynili swój zawód – i to zawód dobrze płatny.  

Mamy zatem dwie zupełnie różne sfery działalności organizacji pozarządowych – tą od 8.00 do 15.00 i tą czynną całą dobę. Ta pierwsza przypisuje sobie wszystkie zasługi, jakie wypracowywuje ta druga i jednocześnie jak wampir wysysa z wszystkich możliwych źródeł finansowanie, produkując pięknie wyglądające raporty z działań zupełnie nieskutecznych i społecznie niezauważalnych. I jak lód na jeziorze dusi ryby, tak duże organizacje niszczą te małe.  Z kim zatem owo mityczne państwo ma zwierać sojusze i z kim negocjować swoje polityki skoro pasjonaci tego co robią w czasie pracy urzędników zajęci są własną pracą zawodową, a gdy już się za swoje pasje biorą to urzędnicy właśnie zażywają błogiego odpoczynku?

Ostatnio podczas jednego ze szkoleń mówiono o rytmach biologicznych członków zespołu – o ile sektor administracji nie zgra swego rytmu biologicznego z sektorem małych organizacji pasjonatów, to ten ostatni skazany będzie na kontakt z profesjonalistami, którzy o misji i pasji dawno zapomnieli i wyżej sobie stawiają mierzalne efekty projektowe niż niemierzalne efekty społeczne.

W roku 2012 miąłem przyjemność zostać członkiem grupy referendalnej, która w roku 2013 doprowadziła do odwołania władz Elbląga. Gdy na początku owej akcji poprosiliśmy o pomoc i wsparcie dumnie puszące swoje potężne torsy organizacje pozarządowe z Elbląga to pomocy udzieliła nam jedna z nich. Warto się zastanowić jaki jest poziom oderwania organizacji pozarządowych od spraw obywateli skoro, przy takiej reakcji  środowiska rzekomo najbardziej aktywnych obywateli, cel akcji referendalnej jednak zrealizowaliśmy.

Owo oderwanie od rzeczywistości doskonale widać w finansach organizacji pozarządowych. Nie jest prawdą, że delegowanie zadań organizacjom pozarządowym obniży koszty ich realizacji – tu z pewnością pan Borys Budka odleciał od realiów w świat fikcji. Raport NIK dotyczący ESWIP-u za rok 2007 pokazuje, że już wtedy, uwaga – 15 lat temu – 2 osoby zatrudnione w ramach projektu osiągały dochody powyżej 5 tysięcy złotych tylko z tego jednego projektu. Dla porównania, obecna płaca Prezydenta Elbląga to 12 tysięcy złotych.

Mit o tym, że działacze organizacji pozarządowych wykonują zadania publiczne taniej jest zatem bajeczką dla mało rozgarniętych dzieci. Dowodem na degenerację środowiska zawodowych działaczy społecznych jest i drugie ustalenie zawarte w tym samym protokole z kontroli tego samego projektu – jeden z członów  EWSIP-u, obecnie zajmujący stanowisko członka komisji rewizyjnej, w ramach działalności gospodarczej wystawił stowarzyszeniu rachunki na kwotę ponad 10 000 zł za przeprowadzenie dwóch szkoleń. O  czym zatem świadczą owe dane? Otóż o tym, że zawodowi działacze społeczni stali się rekinami finansjery i inkasują publiczne środki o wiele skuteczniej niż kadra urzędnicza.

Ilu urzędników samorządowych dziś pobiera kwotę 5000 zł? Na jakim stanowisku takie apanaże przysługują i jaki jest zakres odpowiedzialności tak opłacanego urzędnika?

Jest i druga przyczyna degeneracji środowiska zawodowych działaczy społecznych – nie tylko ta, że poddają się pokusie wyprowadzania ze swoich organizacji środków publicznych ale i ta, że czynią to pod pozorem niezależności swoich organizacji. A bezkarność owa wynika z tego, że nikt ich pod względem racjonalności podejmowanych działań nie kontroluje…

Pismo, jakie dostaliśmy od Naczelnika Urzędu Skarbowego w Elblągu poraża – organizacja obracająca milionami nie była nigdy przez organ podatkowy kontrolowana. Ale jest w owym piśmie rzecz o wiele bardziej niepokojąca, wynika bowiem z niego, że organ podatkowy wcale nie jest uprawniony do kontrolowania celowości wydatków organizacji pozarządowej.  I mamy tu, jak się wydaje, ogromną lukę w zakresach kontroli, która sprawia, że faktycznie organizacje pozarządowe są jedną wielką czarną dziurą, w której znikają miliony złotych przekazywane przez Skarb Państwa ale i miliony euro przekazywane przez Unię Europejską.

No i pomyślcie Państwo – jak tak uprzywilejowane organizacje są  postrzegane przez przedsiębiorców, których urzędnicy skarbowi rozliczają z każdej zakupionej pary butów i każdej zakupionej ryzy papieru? Pan Cezary Mierzejewski pisze o wydatkach samorządu na poziomie 1 % wydatków. W Elblągu owa kwota to siedem i pół miliona złotych czyli około półtora miliona euro. Czy ktoś racjonalnie myślący pozwoli, by takie kwoty były wydatkowane bez kontroli? A jednak  polski system prawny na to pozwala, ponieważ kontrola finansów organizacji pozarządowej jest cząstkowa – to znaczy, że każdy z grantodawców kontroluje tylko środki przekazywane na realizację jego zadania, a żaden organ nie kontroluje całości działań organizacji pozarządowej we wszystkich aspektach jej funkcjonowania. I jak w takiej sytuacji mówić o „rozsądnym zysku” skoro ten zysk znika w rozdmuchanych płacach czy wydatkach, które dobrze wyglądają tylko dla tego, kto środki publiczne inkasuje na swoje firmowe konto?

„Wszystko to spowodowało popadnięcie w rutynę powielania istniejących działań i przyjmowanych jako „daninę” zobowiązań ustawowych, zamiast realizacji realnych potrzeb społecznych”. Ta opinia pana Cezarego to esencja z kwintesencją i doskonałe podsumowanie całości jego wypowiedzi. 

W głosie Zbigniewa Wejcmana padło stwierdzenie, że „Obecnie mamy już wdrożony mechanizm rozliczania zadań nie po kosztach, ale zgodnie z rezultatami merytorycznymi. Powoli uda się przejść na rozliczenie ryczałtowe i większość biurokratycznych barier zostanie zniwelowana”.

Nie wiem, skąd autor ową konstatację zaczerpnął, dam zatem konkretny przykład – oczywiście z lokalnego podwórka. ESWIP wybudował „Dom pod Cisem” zwany w publikacjach autorów projektu domem spotkań sąsiedzkich. Dom funkcjonuje w godzinach od 8.00 do 16.00 i gdy mieszkańcy najbardziej wykluczonej dzielnicy Elbląga – Zawodzia wrócą do swoich domów i zjedzą obiad, mogą  co najwyżej pocałować klamkę domu, który w zamyśle miał im służyć. W soboty i niedziele oczywiście Zawodzianie mogą się ze sobą spotkać… na przystani kajakowej lub we własnych ogródkach bo dom spotkań sąsiedzkich jest wtedy nieczynny. Budowa owego obiektu kosztowała ponad trzy miliony złotych – oczywiście ze środków publicznych bo składki członkowskie członków ESWIP-u w ostatniej dekadzie wyniosły mniej niż miesięczne wynagrodzenia jednego z pracowników owej instytucji w roku 2007 w ramach FIO.

Jak zmierzyć zawód mieszkańców dzielnicy? Jak zważyć ich poczucie, że zostali przez ESWIP oszukani i że pod pozorem działania dla nich, jedna z największych organizacji pozarządowych w regionie zrobiła coś tylko dla siebie? Co jest miarą owego rozczarowania i jak poczucie, że potraktowano ich przedmiotowo, zmienić? Czy ci ludzie jeszcze zaufają jakiejś organizacji pozarządowej?

Natomiast zupełnie nie zgadzam się z  Andrzejem  Mikołajewskim, szczególnie z tezą, że prywatna służba zdrowia stanęła, co ma dowodzić jak rozumiem, że „System oparty na logice zysku nie wytrzymuje chwil próby, gdy nagle widoczna gołym okiem staje się potrzeba interwencji państwa, nie jest przygotowany na pełnienie usług również wtedy, gdy nie można na nich zarobić”. Trudno zrozumieć, co autor miał na myśli i jaką prywatną służbę zdrowia ma na myśli. Jeśli, zdaniem autora, ową prywatną służbą zdrowia są lekarze rodzinni finansowani z naszych składek, to gratuluję dowcipu. Otóż nie znam ani jednego prywatnego zakładu leczniczego, który z powodu pandemii zaprzestał pracy. Prywatni dentyści nadal przyjmują, przyjmują też wszystkie prywatne gabinety lekarskie. Problem w tym, że lekarze rodzinni są niepubliczni tylko z nazwy ponieważ są finansowani z danin publicznych i fakt, że ten sektor paraprywatnych usług medycznych okazał się niewydolny dowodzi tylko tego, jak nieracjonalny jest system finansowania tych instytucji. Natomiast zgadzam się z myślą autora o konieczności reformy systemu podatkowego, ukrytą miedzy wierszami jego opinii. Moim zdaniem, reforma ta powinna iść w stronę jednoprocentowego podziału zobowiązań podatkowych i delegowania podatnikowi decyzji, które zadania chce finansować ze swoich podatków. Problem jednak w tym, że organizacje, które już zaufania publicznego nadużyły rujnują opinię środowiska, a poprawa jego wizerunku może trwać całe lata.  

Najbliższa memu sercu jest wypowiedź Hanny Frejlak. Jestem z pokolenia tych, którzy w młodości brali udział w akcji „Niewidzialnej Ręki” więc i jej widzialna odsłona musi rodzić sympatię. Ale ważne jest i to że autorka opisuje konkretne działanie – widzialne i mierzalne, ale co ważniejsze, oczywiste wydaje się poważanie sukcesu akcji z samoorganizacją.  I tu wracamy do początku mojej wypowiedzi – samoorganizacja to małe grupy społeczników działających poza godzinami pracy bez centralnego sterowania i struktur.  Czy zatem nadchodzi czas stowarzyszeń zwykłych?

Ci z nas, którzy pamiętają dzieło Stanisława Lema „Niezwyciężony”, wspomną zapewne na Astrogatora Horpacha, który starł się z siłą, która unicestwiła „Kondora”. Owa siła zdolna pokonać gwiezdny krążownik to chmara metalowych owadów, które potrafiły organizować się w dowolne struktury. Może zatem pora budować chmarę małych stowarzyszeń i ich kolektywami zastąpić wszystkie bezradne rady od szczebla gminy do szczebla kraju, nieradzące sobie z własnymi problemami?